Mógłbyś ze mną tutaj być, w ten jeszcze ciepły letni wieczór, kiedy to radość z życia słabnie delikatnie wraz z zachodzącym coraz wcześniej słońcem. Nie pierwszy raz siedziałam o tej porze na tarasie, wpatrując się w moje ukochane gwiazdy, ale pierwszy raz poczułam, że czegoś, a raczej kogoś, mi brakuje. Wieczorne posiedzenia z herbatą były raczej moim osobistym rytuałem, do którego nikogo nie dopuszczałam, by w spokoju móc uporządkować myśli i pobyć choć przez chwilę sama ze sobą. Ale tym razem w szumie drzew było trochę pustki, cykanie świerszczy straciło swój rytm, a blask gwiazd tak bardzo przypominał mi o twoich niebieskich oczach, że uderzyła mnie nagle dziwna fala samotności i gwałtownie zapragnęłam poczuć twoje ciepło na swojej skórze. I nie mogłam już myśleć o niczym innym, jak o tobie, twoim dotyku i tym subtelnym mrowieniu w brzuchu, które czułam, kiedy byłeś obok. Świat przez moment zawirował, kiedy delikatnie mnie objąłeś i zbliżyłeś do moich ust swoje… Byłeś moim snem na jawie, lekką fatamorganą, ale czułam jakbyś nagle się pojawił i znów na chwilę stał się mój.

Edward Munch, Pocałunek, 1897

Ale czy kiedykolwiek w ogóle nim byłeś?


Na początku było pięknie. Och, czy to nie jest już oklepane stwierdzenie? Jeśli coś ma nie wyjść, to na pewno nie na starcie, kiedy świat nagle staje się idealny z niejasnego właściwie powodu. Przyjaciółmi byliśmy od dawien dawna, a może ten czas był tylko złudzeniem. Pamiętam, jak poszliśmy kiedyś do muzeum i patrzyłeś na mnie, jakbym była jednym z dzieł na wystawie, jakoś omijanym przez zwiedzających, a tak bardzo wartym odkrycia. Byłam zagadką, której nie potrafiłeś rozgryźć, ale ty nie byłeś z tych, którzy poddają się bez walki. Czułam, jak swoim spojrzeniem wymywałeś kurz codzienności z mojej duszy, niczym ze starego obrazu, w swojej głowie kreując mnie na swoją księżniczkę w błękitnej sukni. Delikatnie prowadziłeś mnie za rękę, jakbyś dokładnie wiedział, gdzie idziesz, choć myślami wędrowałeś bez celu. W tej bajce sam byłeś księciem i nie mogłeś się oprzeć nagłemu impulsowi serca, kiedy w półmroku, pośród obrazów stałam tuż obok ciebie.

Francesco Hayez, Pocałunek, 1859

Cała miłość składa się z chwil, cichych momentów pełnych niezinterpretowanych znaczeń, rozbitych na tysiące kolorowych kawałeczków. Dziwne ciepło rozlewa się po ciele, kiedy szczere „kocham cię” po raz pierwszy dociera do młodych uszu, które nie do końca jeszcze rozumieją, co usłyszały. Dziwne są też te sekundy ciszy, kiedy nagle cały świat zastyga, oczy błyszczą jak nigdy wcześniej, serce wydaje się dostawać ataku drgawek, a dwie dusze tak długo od siebie oddzielone zaczynają w końcu dostrzegać plan wszechświata i rozumieć wszystko co do tej pory im się przytrafiło.

Też to wszystko czułam. Kolory nagle złożyły się w harmonii, kwiaty jakoś ładniej pachniały, a słońce świeciło mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy siedzieliśmy razem na łące oświetleni jego blaskiem. Cieszyłam się, że jestem tu z tobą, mogę słyszeć śmiech, który tak bardzo kocham, rozmawiać, milczeć i oddychać tym samym powietrzem. Było trochę tak jakbyśmy byli jednością, wiesz? Nie pamiętałam już, jak wyglądało życie bez ciebie. Nie chciałam, żeby kiedyś ktoś inny patrzył tak głęboko w twoje oczy, całował twoje usta, ani leżał w twoich ramionach, bo czułam, że to było tylko moje miejsce.

Ale właściwie na jak długo mogło nim pozostać?

Gustav Klimt, Pocałunek, 1908

Tyle razy już mi ktoś powiedział, że pierwsza miłość nie wychodzi, więc dlaczego uparcie wierzyłam, że u mnie może być inaczej? Spotkaliśmy się w trochę złej chwili, kiedy pośród burzliwych ścieżek naszego życia, znaleźliśmy bezpieczną przystań zbyt idealną, by mogła przetrwać dłużej niż piękny sen, którym właściwie była. Może spotkamy się kiedyś w innym, lepszym świecie, który będzie przeznaczony dla nas, kiedy ten nie będzie istnieć już wcale. Spotkamy się przypadkiem na ulicy, szturchając delikatnie ramionami i choć z twarzy będziemy sobie nieznajomi, dusza nie zdoła się oszukać. Tylko bieżąca chwila będzie nas cieszyć, kiedy w różnych maskach biegnąc przez światy, miłość zaślepi nas wystarczająco, by móc dostrzegać tylko piękne wnętrze.

René Magritte, Kochankowie, 1928

Ale czasem ciągle się zastanawiam, czy kochałeś mnie tak bardzo, żeby pozwolić mi odejść, czy niewystarczająco mocno… żeby mnie zatrzymać?

~~~

Wizerunek miłości przez wieki pozostawał niezmienny. Wszystkie 4 obrazy, choć z różnych epok i w innym wydźwięku, przypominają o pięknie tego kruchego uczucia, o które całe życie walczymy, często mając je tuż pod nosem. Boimy się je wyznawać, jakby było symbolem słabości. Ale skoro przez tyle lat artyści przedstawiali prawdziwą miłość, jakby naprawdę ją przeżyli, to może jednak warto zaryzykować i uwierzyć w jej istnienie?

Like it? Share it!