Tamtego wieczoru, tak jak za każdym razem, kiedy woda zagotuje się w starym czajniczku odziedziczonym po prababce, a na niebie pojawi się wielka, srebrzysta kula, pani Mariné usiadła w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem. Czekając na dzieci, patrzyła na tańczące płomyki ognia. Zawsze w takich momentach zastanawiała się nad zwinnością i płynnością ich ruchów, która ją hipnotyzowała i jakimś sposobem wprowadzała w stan cudownego spokoju.

Spokój. To właśnie czuła. Błogi spokój w sercu od wielu już dziesiątek lat. Czasami tylko mącony nieistotnymi sprzeczkami, zdrowotnymi zawirowaniami i świadomością, że w każdej chwili bajka, w której przyszło jej żyć, może nie doczekać się szczęśliwego zakończenia. Jednak życie już w młodości nauczyło ją cieszyć się chwilą i nie myśleć o ewentualnym „być może”, pozwalając teraz być w pełni zadowoloną z każdego minionego momentu. Jako niepoprawna optymistka od zawsze miała tendencję do szukania radości w drobnostkach. Żyła w swoim świecie zbudowanym na podstawie przeczytanych historii, wplatając w codzienność odrobinę magii i szaleństwa. Och! Tyle osób jej powtarzało, że kiedyś ten optymizm ją zgubi! Dla niej był on jednak drogą. Ideologią. Odruchem tak naturalnym jak oddychanie. Sposobem na szczęśliwe i długie życie, które chciała zapewnić jej matka. Tak, Adele Mariné taka już była i nikt nie mógł tego zmienić.

Podniosła się ociężale z fotela i z większą niż dawniej trudnością dołożyła drewna do kominka. Ktoś kiedyś jej powiedział, że stare rany zawsze będą boleć . Teraz, kiedy mijał sześćdziesiąty siódmy rok jej życia, doskonale rozumiała, co to znaczy. Każdy krok wciąż sprawiał niewyobrażalny ból. Jej wzrok znów spotkał obraz tańczących płomyków i zobaczyła siebie jako młodą, pełną entuzjazmu dziewczynę, o której tak dawno już zapomniała. Wróciła na fotel. Choć już wiele lat temu postanowiła, że nie będzie więcej rozgrzebywać starych ran, tym razem pozwoliła swoim myślom skierować się w stronę przeszłości, w zakątki zakurzone i nigdy nie odwiedzane podczas codziennych spacerów po łąkach myśli. Po to, aby jeszcze raz, ten jeden raz, zastanowić się, jak długą drogę musiała przejść, by znaleźć się właśnie tu i teraz, gdzie wszystko było tak, jak być powinno.

Ojca nigdy nie poznała. Matka nie zdążyła jej nawet powiedzieć prawdy o nim, jednak Adele wolała nie wzbudzać w sobie żadnych podejrzeń i negatywnych emocji, akceptując życie takim, jakie je zastała. Pani Mariné dała swojej jedynej córce wszystko, czego potrzebowała: bezwarunkową miłość, wiarę, nadzieję i wsparcie. To ona była przy niej, kiedy dorastała, chorowała, przeżywała pierwsze rozterki, kłótnie z przyjaciółmi, kiedy podejmowała decyzje i tańczyła. Tak, w matce miała wielką sojuszniczkę spełniania marzeń, która od samego początku powtarzała jej, aby w życiu robiła to, co daje jej szczerą radość i poczucie spełnienia. Więc tańczyła.

Niektórzy mawiają, że jeśli chcemy rozśmieszyć Boga, powinniśmy Mu opowiedzieć o swoich planach. Matka nie zaszczepiła w Adele iskierki wiary, jednak jeden krótki moment całkowicie zmienił jej życie. Chwila nieuwagi i błąd, na który nie miała wpływu, zmusił lekarzy do postawienia jednoznacznej diagnozy: potrącenie przez pijanego kierowcę złamało jej kości prawej nogi w trzech miejscach. Chodzić będzie, ale o tańcu mogła zapomnieć. Los chciał, żeby matka Adele zmarła w trzy miesiące po wypadku na zawał serca. Zostawiała osiemnastoletnią dziewczynę niemal samą ze wszystkimi zmartwieniami.

Jednak Jane zawsze była przy niej. Najlepsza przyjaciółka, która podawała się za nieuleczalną pesymistkę, wniosła w jej życie więcej kolorów, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. To ona pokazała jej papierowy świat książek, historii, dzięki którym żyło się łatwiej, zmotywowała do nauki i nigdy nie pozwoliła się poddać. „Kochana, życie to film. Scenariusz ma wprawdzie słaby, ale my, jako doświadczeni aktorzy, zawsze możemy wnieść trochę własnej inwencji twórczej, co nie?”- powtarzała jak mantrę i przytoczyła w momencie, w którym Adele pierwszy raz poszła na randkę z Davidem, kolegą z klasy. David, za drobną namową Jane, pomagał dziewczynie wrócić do zdrowia. Tak, do dziś pamięta tę dziwną fascynację. Chwile z nim spędzone, pierwsze pocałunki, słodkie uczucie kochania i bycia kochanym…

Ktoś doświadczony życiem powiedział kiedyś, że pierwsza miłość nigdy nie wychodzi. Jest tylko próbą i jedynie zalążkiem wielkiej podróży w nieznane. Teraz, patrząc z perspektywy lat, Adele wiedziała, że to prawda. David, choć był troskliwym i współczującym facetem, nie potrafił w stu procentach poświęcić się dziewczynie. Jego miłość nie wyrosła z prawdziwego uczucia, lecz z litości dla poszkodowanej, a te dwie rzeczy ciężko jest czasem odróżnić. Młody i głupi był David, kiedy zdecydował się na zdradę Adele. Pech chciał, by nakryła go ona z inną w dosyć dwuznacznej sytuacji. Dalej historia potoczyła się klasycznie. Był krzyk, płacz, typowe „To nie tak, jak myślisz!”. W końcu rozstanie, które obojgu chyba wyszło na dobre.

Leczenie pierwszy raz złamanego serca trwa najdłużej- tak jak wszystko, czego człowiek dopiero się uczy. Adele jednak szybko zapomniała. Była silna. Musiała być. Jane zachęciła ją do nauki i udało im się dostać na jeden uniwersytet. Adele wybrała anglistykę, Jane – medycynę. Nauka szła dobrze, a życie stało się aż nazbyt spokojne. Pojawili się nowi znajomi, chęć bliższych relacji, w żyłach płynęła adrenalina i szaleństwo produkowane tylko przez młode, spragnione wrażeń serca. Wspólne wypady pod namioty, spacery pod gwiazdami… Tak właśnie Adele zbliżyła się do Johna, czarującego chłopaka z bogatymi rodzicami, który obsypywał ją drogimi prezentami mniej więcej tak często, jak komplementami. Zachwycał się nią, a ona tego potrzebowała. Potrzebowała też zwykłej bliskości i poczucia bycia kochaną. Choć Adele gotowa była oddać dla niego wszystko, on bardziej niż ją kochał samego siebie. Była dla niego tylko ozdobą. Uroczą niewiastą wzbogacającą nieskazitelny wizerunek. Jakim szczęściem była wtedy dla Jane wiadomość o jego wyjeździe na drugi koniec świata! Ta miłość nie miała szans powodzenia i dobrze się stało, że dla Adele pozostała jedynie wspomnieniem.

Po kilku przelotnych znajomościach, które wiele do życia Adele nie wniosły, postanowiła ona przestać szukać na siłę i poczekać, aż los sam zdecyduje o jej przyszłości. Największą radość dawała jej zawsze pomoc innym, wyruszyła więc razem z Jane jako wolontariuszka do Afryki, chcąc uczyć dzieci angielskiego i zostawić swój ślad na piaskach czasu. Kiedy los dostaje od nas wolną rękę, zazwyczaj bez zwłoki to wykorzystuje, a że nic tak nie łączy ludzi, jak wspólny cel, wyjazd stał się dla niego dosyć szerokim polem do popisu.

Tych dwoje połączyła więź, której wielu ludziom nigdy nie będzie dane poznać. To był ten niebezpieczny typ miłości, która zaczyna się od głowy, rozmów, wymiany myśli. Czym są relacje oparte na pożądaniu! Jedynie szybką przygodą, o której zapomnieć nietrudno. Kochać duszę- oto prawdziwy dar i przekleństwo w jednym! Adele doświadczyła tego na własnej skórze, kiedy los na jej drodze postawił Maxa. Ten człowiek był dla niej zagadką. Potrafił szaleć i zachowywać się przy dzieciach jak skończony idiota tak, jakby sam nigdy nie przeszedł etapu dorastania. Był duszą towarzystwa, a jednocześnie zaradnym, przystojnym i pewnym siebie facetem. Adele widziała go jednak wieczorami siedzącego samotnie przy ognisku. Miał wtedy minę starego człowieka, któremu życie nie chciało dać odpocząć, zmuszając do ciągłych refleksji. Za niezwykłość się płaci, pomyślała Adele pewnego wieczoru i czując, że jednym ruchem może zmienić swoje życie, usiadła w tę gwiaździstą noc obok Maxa. Miała dziwne przeczucie, że teraz wszystko będzie już dobrze.

Największym ich problemem był brak problemów. Max potrzebował zrozumienia, miłości i wolności jednocześnie, co Adele potrafiła dać mu bez żadnego wysiłku, do pakietu dołączając możliwość wymiany myśli i wysłuchania. Uzupełniali się. On się wygłupiał, ona się śmiała. On obmyślał plany, które ona chciała realizować. On się jej oświadczył. Ona powiedziała „TAK”.

Adele odnalazła wtedy spokój, którego tak bardzo całe życie pragnęła. Pojawiły się dzieci, wnuki, rodzina nie przechodziła większych kryzysów. Do momentu, aż Śmierć – równo rok temu – szczególnie zatęskniła za Maxem. Śmierć nie zmienia zdania. Z nią nie ma dyskusji.

Czy ten rok był ciężki? Z pewnością. Adele była jednak świadomą mocy Śmierci kobietą. Świadomą nieuniknionego końca. Nawet jeśli jej bajka trwała odrobinę krócej niż by chciała, czuła tylko szczęście. Dane jej było przez 45 lat budzić się u boku wspaniałego człowieka, który uczynił jej życie cudem. Nie mogła się teraz załamać, bo został jeszcze ktoś, kto zasługiwał na jej miłość. Inną miłość.

– Babcia!!!

Uwielbiała to słowo wykrzykiwane jednocześnie przez piątkę ukochanych wnuków. Miłość dzieci była cudowna, pozbawiona najmniejszej skazy, szczera i silna. Być kochanym przez dziecko, to największy dar, za który dziękowała w duszy za każdym razem, kiedy gromadka maluchów wbiegała do pokoju, siadała jej na kolanach i zgodnie z umową mogła spytać o wszystko, co tylko przemknęło przez ich małe główki. Najmłodsza z dzieci, Mary, tradycyjnie już rozpoczęła wieczorną rozmowę pozornie nieskomplikowanym pytaniem.

– Babciu, dlaczego nosisz zawsze ten sam pierścionek na lewej ręce?

Adele uśmiechnęła się delikatnie, patrząc w wielkie oczy swojej wnuczki. Przeszło jej przez myśl, że człowiek potrzebuje bycia kochanym i dąży do tego od najmłodszych lat. Spojrzała na swoją obrączkę i na zdjęcie męża wiszące nad kominkiem. Była gotowa do opowiedzenia historii swojego życia kolejnym pokoleniom. Przedtem jeszcze raz podziękowała w duszy Bogu, w którego do końca nie wierzyła, za wszystkie rodzaje miłości, które dane było jej w życiu poznać.

~~Opowiadanie zostało napisane w ramach konkursu MIŁOŚĆ organizowanym przez Centrum Kultury Zamek w Poznaniu~~

Like it? Share it!