Budzik. Oh my, why?!?! Fakt, że to Ed Sheeran swoim „Galway Girl” budzi mnie o poranku, niczego nie zmienia. Zwlekam się z łóżka. Patrzę na zegarek: 4:30. Ludzie, co ze mną jest nie tak? A nie, pamiętam. Już wiem, dlaczego zadzwonił tak wcześnie. Nagły zastrzyk energii. Szybko ubieram się i budzę tatę, który zawiedzionym głosem stwierdza: „O nie, jednak wstała”, ale rusza się z łóżka i zaraz wychodzimy. Jest zimno, cała się trzęsę mimo dwóch bluz na sobie. Wytrzymam, sama chciałam. Z drugiej strony, nie mam z tym problemu: uwielbiam rześkie powietrze poranka. W dodatku w połączeniu z tym co zobaczę? Luzik arbuzik. Dla wschodu słońca nad morzem mogę zamarznąć.

Idziemy Monciakiem, słynnym sopockim deptakiem, przez który codziennie przelewają się tłuuumy ludzi. Serio tłumy. Wydawałoby się, że to miejsce nigdy nie cichnie, wypełnione 24/7 dźwiękami muzyki granej na żywo, głośnym śmiechem i szumem rozmów w językach wszystkich zakątków świata. To aż dziwne, że jest w stanie usnąć choćby na chwilę, wypełniając się przyjemną ciszą po całym dniu nieustającego rumoru. No, przynajmniej do pewnego momentu. Da się zobaczyć parę osób siedzących przy stolikach na zewnątrz, popijających na 100% nie pierwsze już piwo. Słychać ich głośne rozmowy i śpiewy. Wygląda na to, że nawet w takim miejscu jak Sopot, czasem nazywanym „polską Ibizą”, o 4 rano ludzie słuchają disco polo. Niezdarnie śpiewne „Oczy zielone” docierają do moich uszu jeszcze długo. Śmieję się pod nosem. Alkohol robi ciekawe rzeczy z człowiekiem.

 Monciak, czyli słynny deptak Sopotu, w ciągu dnia.

O tej porze na ulicach są tylko dwa rodzaje ludzi: szaleni i ambitni. A, no i policja, bo oba te typy są wystarczająco nieprzewidywalne, żeby potrzebować obstawy. Zastanawiam się, do którego właściwie ja należę.

Dochodzimy na plażę. Trafiliśmy idealnie, słońce jeszcze nie wzeszło. Robimy parę fotek, póki jeszcze się da. Lubię eksperymenty ze światłem na zdjęciach, a wschód jest do tego idealny. Nie tylko ja tak uważam. Młody Azjata (chociaż oni wszyscy wyglądają młodo), którego działaniom z aparatem (widać, że fotograf)od jakiegoś czasu się już przyglądam, podchodzi do nas i mówi, że zrobi nam zdjęcie. Bezinteresownie, bez powodu. Tak o, po prostu. Zaskoczył nas, bo często się tego nie spotyka, jeśli w ogóle. Doradza, jak się ustawić, robi zdjęcie. Żegna nas z uśmiechem, mówi , że to była przyjemność i wraca do robienia swoich zdjęć. Coś jest w tej kulturze azjatyckiej. Teraz jeszcze bardziej ją lubię.

Fotka pana Nieznajomego 😉

Zdejmuję buty i siadam dokładnie w momencie, kiedy wielka złota kula wyłania się zza horyzontu. Czuję zimny piasek pod stopami. Szum fal. Widzę młode mewy z matkami, słyszę ich pisk. Lecą, kiedy słońce wschodzi całe, spokojnie unoszą się nad wodą, wydają się czarne na tle naszej gwiazdy. Widzę parę statków, jachty, drobne sylwetki ludzi na pokładach. Promienie słońca układają się wzdłuż brzegu na niespokojnej wodzie, długi pomarańczowy pas światła jest dokładnie naprzeciwko mnie. Jest nierówny, tak samo jak powierzchnia wody zmącona przez fale. Jakby ktoś machnął pędzlem. Wszystko takie ulotne, trwa tylko sekundkę, mrugam i krajobraz jest inny. A jednak na chwilę zatrzymuje się czas. W pamięci mam jeden najpiękniejszy moment, scenę, której nigdy nie zapomnę. Już wiem czemu Monet, namalował swój „Wschód słońca”. Piękno jego ulotności, nieuchwytność chwili. Potrzebowałam to przeżyć.

Claude Monet, „Impresja. Wschód słońca”, 1872r.

Myślę wtedy, że wszystko co piękne jest ulotne. Wszystko mija, trwa chwilę, czasem dłuższą, czasem krótszą. Często tego nie zauważamy, gubimy się w natłoku zdarzeń, pędzimy, do przodu, byle do przodu. Zapominamy o ulotności, przemijaniu, nie zwracamy uwagi na krótkie zdarzenia. Nie widzimy tego, co warte widzenia.

Zatrzymaj się na moment. Spójrz na życie jak na chwilę, złożoną z mniejszych chwil, które warto zapamiętać i nie przegapić. Utrwalić. Czasem opłaca się trochę wysilić, wcześniej wstać.

Wiem. Uchwycić nieuchwytne to nie proste, ale do zrobienia. I bardzo potrzebne. Pozwala zobaczyć urok świata, magię zwykłej codzienności, ulotność małych zdarzeń, docenić chwilę. Może dlatego kocham Impresjonistów? Mam wrażenie, że choć dzieli nas trochę czasu, myślę i czuję tak samo jak oni. Chce zapamiętać i utrwalić rzeczy, które są za krótkie żeby ktoś zwrócił na nie uwagę. Piękne uczucie.

Kocham wschody słońca.

Zawsze mi przypominają o ulotności chwili i o tym, że warto się czasem ruszyć. Są dowodem na to, że nawet po najczarniejszej nocy w końcu wstanie dzień i nie ważne co działo się wczoraj, właśnie zaczęło się dzisiaj. Możesz spróbować jeszcze raz.

Z taką myślą lepiej zaczyna się dzień.

Like it? Share it!
  • 12
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •